Amen:

Jest to zdecydowanie najsłabsza płyta w całej dyskografii zespołu i moim zdaniem Mustaine zrobił błąd wydając ją w nowym, niezgranym składzie z gitarzystą Jeffem Youngiem i pałkarzem Chuckiem Becklerem. Zresztą parę miesięcy po nagraniu płyty i tak zostali wywaleni...

Piosenki prezentują się miernie, nawet "Anarchy in the UK" (kower Sex Pistols) i "In My Darkest Hour" (uważana za jeden z najlepszych utworów zespołu, zupełnie niesłusznie moim zdaniem). Ukazują one wyraźny spadek formy zespołu, który nagrywa płyty i koncertuje tylko po to, by uzyskać pieniądze na narkotyki i panienki. Mimo tego album ten był pierwszym sukcesem komercyjnym Megadeth, dochodząc do 28 miejsca w rankingu Billboardu.

Krótki komentarz: Zdecydowanie najsłabsza płyta w dorobku Megadeth.
Ocena: 5/10

Serpenth:

To album, o którym się mówi jako najsłabszym dokonaniu zespołu (nie biorąc pod uwagę Risk oczywiście). Osobiście nie rozumiem w ogóle takiej oceny, bo naprawdę trudno mi znaleźć na So Far, So Good... So What! jakieś słabsze momenty, a tym trudniej powiedzieć coś złego o tym albumie jako całości. Według mnie jest to dzieło, na którym można usłyszeć ostatnie brzmienia nieskomercjalizowanego Megadeth. Zadziorność, wściekłość - to główne wyznaczniki charakteru albumu.

Jeśli chodzi o stronę muzyczną, na dobry początek mamy napakowany ognistymi solówkami, dynamiczny "Into the Lungs of Hell". Doskonałe wprowadzenie! Następnie na krótko się uspokaja, słychać w tle jakieś stare nagranie z winyla The Ink Spots z tekstem: "I don't want to set the world afire..." I w tym samym momencie spada pocisk, wybuch zagłuszający te bzdurne słówka. Teraz z płomieni wyłaniają się Young i Mustaine, rozpoczynający długą partię solową, po której w końcu pojawia się wokal. Warto dodać - wokal, który brzmi równie wściekle, jak na poprzednich krążkach (tj. Killing Is My Business... i Peace Sells...). Analizując w tym utworze całą naszą rzeczywistość, Dave podsumowuje: "No survivors! Set the world afire!". Nadchodzi słynny cover The Sex Pistols "Anarchy in the UK". Chyba nie ma co się o nim rozpisywać. Jest to po prostu numer, który stał się obowiązkowym elementem każdego występu Megadeth. Kolejny jest najbardziej złożony na tym albumie "Mary Jane", rozpoczynający się wyznaniem narkomana, a następnie wolną, dość łagodną, choć celowo przerywaną solówką. Początek bardzo spokojny. W pewnym momencie muzyka nabiera tempa, następują szybkie solówki, a nastój opanowania przeradza się nagle w paniczny strach... Na dokładkę mamy bardzo zbliżony tematycznie "502", który z kolei obrazuje już chyba życie Mustaine'a. :) Jak to śpiewa "Driving fast makes me feel good". Rzeczywiście, bo jakiś czas po wydaniu albumu został zatrzymany za zbyt szybką jazdę. Przy okazji znaleziono w jego krwi alkohol i chyba 7 (niektóre źródła donoszą, że było ich 11) różnych narkotyków. Nic dziwnego więc, że jazda sprawiała mu taką przyjemność... Nadchodzi "In My Darkest Hour", do którego muzyka powstała zaraz po śmierci Cliffa Burtona. Nieco później doszedł tekst, nie mający właściwie nic wspólnego z byłym gitarzystą basowym Metalliki. Nastrojem i strukturą bardzo przypomina "Mary Jane", choć zdecydowanie nie ta tematyka. Myślę, że w tym przypadku można się odwołać do przeszłości Mustaine'a - kiedy to wyleciał z Metalliki. Muzycznie, jak we wszystkich utworach na tym albumie, zwracają uwagę świetnie opracowane partie gitar, a także dobra gra perkusji i basu. Dochodzimy do przedostatniego "Liar", bardzo dynamiczny numer, zagęszczony szybkimi solówkami, ale mimo to chyba najłatwiej wpadający w ucho z tego albumu. Brzmi właściwie jak szybsza wersja "Skin O' My Teeth", no i oczywiście nie jest tak "plastikowy". Szkoda, że niegrywany już na koncertach, bo według mnie jest to jeden z najlepszych numerów do wystawiania na żywo. Może to wina tekstu, bo budzi skojarzenia, że jego adresatem jest James H... [tak naprawdę chodzi o Chrisa Polanda - przyp. Ferres]. Trudno się zorientować, kiedy nadchodzi ostatni numer z "So Far, So Good... So What!" - "Hook In Mouth". Przyznam się, że z tego dzieła to mój zdecydowany faworyt. Charakterystyczne wejście gitar, po którym nadchodzi trzydziestosekundowa partia Ellefsona i Behlera. Po czym znów pojawia się riff z początku i wchodzą gitary. Tekst jest typowo polityczny, a w całej kompozycji występują częste zmiany tempa. Numer, podobnie jak "Liar", jest wręcz stworzony do grania na koncertach, głównie ze względu na refren. Na końcu mamy początkowy motyw utworu, co doskonale zamyka całość.

Wiem, że znajdzie się masa ludzi którzy kompletnie się ze mną nie zgodzą, bo ja stawiam to wydawnictwo zaraz za Rust In Peace (który jest dla mnie numerem jeden Megadeth). Może nie jest tak dobry muzycznie i produkcyjnie jak - powiedzmy - Countdown to Extinction czy Youthanasia, ale ma zdecydowaną przewagę jeśli chodzi o charakter, warstwę tekstową. Poza tym ten album brzmi "świeżo" i nie jest skażony żadnymi wpływami. To czysty Megadeth. Słychać przede wszystkim, że muzyka wyraża uczucia.

Krótki komentarz: Najbardziej niedoceniony album Megadeth, a tak natchniony duchem thrashu...
Ocena: 9/10