Wywiady i artykuły o Megadeth


Dave człowiek, Mustaine artysta :: Próba ognia :: Thrash in Peace :: Godzilla kontra Megadeth :: Sławny zespół :: Podekscytowany rudy rydz :: Igły i szpilki :: Dar :: Megadeth - Ryzyko? :: Heroina rządziła mną i Megadeth :: Bohater :: Arogancki Amerykanin :: Spróbuj zaskarżyć Capitol Records :: Układ Warszawski :: Znowu w siodle :: Każdy ma prawo do wyrażania własnych opinii :: Twarzą w twarz z... Megadeth :: Trochę uderzyło mi do głowy

Thrash in Peace

źródło: Metal Hammer 9/1994
wywiad z Dave'm Mustaine'm i Davidem Ellefsonem


Nie myśleliśmy, że dożyjemy tej chwili, kiedy Dave "Kapryśny" Mustaine zasiądzie przy naszym mikrofonie. Telefonicznym, ale jednak... Towarzyszył mu Dave nr 2 - basista Ellefson, który w odróżnieniu od raczej powściągliwego i małomównego Dave'a nr 1, przedstawił się nam jako rozgadany i dowcipny rozmówca. Wyszło na to, że liderzy Megadeth różnią się od siebie jak dzień i noc (nie wnikajmy, kto jest kto... he, he). Mają jednak ze sobą coś wspólnego, a to fakt, iż nigdy nie wyrzucono ich z Megadeth, co w przypadku tego zespołu znaczy naprawdę wiele. Mustaine nie został bezrobotny, bo to on jest tym, który określa, kogo należy zwolnić. Natomiast Ellefson... Ale niech już sam to wyjawi. Oprócz opowiastek socjologicznych nasza rozmowa zdominowana została przez temat nowej płyty - Youthanasia, która ukaże się pod koniec października. Z każdym z Dave'ów rozmawialiśmy oddzielnie, zadając im w większości te same pytania.


Metal Hammer: Jako że jest to nasza pierwsza długa rozmowa z przedstawicielstwem Megadeth, chcielibyśmy zacząć ją od miejsca, które w stosunku do dnia obecnego znajduje się o krok do tyłu. Chodzi o punkt pt. Countdown to Extinction i jego przyjęcie przez fanów i nie-fanów zespołu, tudzież media. Jak wy to widzicie?

Dave Mustaine: Co do fanów - wiem, że Countdown to Extinction podobał się ludziom, którzy docenili go, bo nie słyszeli naszych poprzednich płyt. Zdobył nam wielu nowych zwolenników. Dawni fani albo oceniali go pozytywnie ze względu na nazwę Megadeth albo... nie są już naszymi fanami. Natomiast media... Media kochają cię albo nienawidzą. Mnie osobiście nie sprawia to różnicy. Gdy cię nienawidzą, zmuszają tym do pracy, więc też jest to OK!

David Ellefson: Odniosłem wrażenie, że ludziom podobała się muzyka, którą napisaliśmy na ten album. Dla mnie - był to gigantyczny krok naprzód, gdy porównać Countdown to Extinction do poprzedniej płyty Rust in Peace. Teraz, po zakończeniu sesji nowego materiału, widzę że Youthanasia niesie tak samo duży postęp w stosunku do Countdown to Extinction. Niemniej ta ostatnia płyta przyjęta została świetnie!

MH: Wniosek z tego, że Countdown to Extinction wypełniła pokładane w niej nadzieje, tak?

DM: Tak, jest lepsza od Rust in Peace.

DE: Nadzieje... Cała rzecz w tym, aby komponować utwory i nagrywać płyty, które przede wszystkim nam się podobają - jako ich twórcom. Nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy miałbym udzielać wywiadów, jechać na trasę, czy też w jakiś inny sposób promować utwory, których nie lubię. Byłbym chyba strasznie nieszczęśliwy! [śmiech] Nagrywanie albumów, które Ci się nie podobają, nawet jeśli są akceptowane przez publiczność, jest bez sensu i prowadzi donikąd. Tak że nasze nadziej i oczekiwania to... kilka dobrych utworów, które tworzą lubianą przez nas płytę. Tak się szczęśliwie składa, że te numery podobają się również naszym fanom.

MH: I to już jest pełnia szczęścia...

DE: Dokładnie! [śmiech]

MH: Czy byliście również "szczęśliwi" z tras promocyjnych Countdown to Extinction?

DE: Przypuszczam, że byliśmy. [śmiech]

DM: To zawsze jest problem - gdzie grać, ile koncertów i z kim. Przegadaliśmy całe wieki na ten temat. Ostatecznie zagraliśmy wiele koncertów w wielu miejscach i dobrze się bawiliśmy.

DE: Koncertowa promocja Countdown to Extinction zajęła nam 12 miesięcy - czystego grania. Najwięcej występów odbyło się w Europie, gdzie intensywnie koncertowaliśmy oraz w Ameryce Północnej - głównie w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Promując Youthanasia chcemy również dotrzeć do rzadziej odwiedzanych przez nas części świata, np. Ameryki Południowej.

MH: A co ze wschodnią częścią Europy? Zdaje się, że nigdy tu jeszcze nie graliście...

DE: Nie w Polsce, ale byliśmy w Bułgarii i Słowacji podczas ubiegłorocznej trasy z Metalliką. Na podstawie wyników sprzedaży płyt i listów, które otrzymujemy, możemy sądzić, że mamy na tym terenie dużą bazę fanów. Nasz przyjazd do was to tylko kwestia czasu. Trzeba tylko odpowiednio zorganizować trasę, przyjechać i zagrać. Szczególnie w Polsce chcielibyśmy wystąpić. Wiemy, że sprzedaje się u was dużo naszych płyt.

MH: Jesteście ostatnimi z wielkiego trio: Slayer - Metallica - Megadeth, których jeszcze nie gościliśmy...

DE: Zgadza się. Zdaje sobie z tego sprawę, ale przebieg trasy nie zawsze zależy od tego, gdzie chcielibyśmy zagrać. Mam jednak nadzieję, że w ramach trasy Youthanasia wreszcie uda się nam do was dotrzeć.

MH: Niewątpliwie podzielamy tę nadzieję. A czy któryś z minionych koncertów utkwił wam szczególnie w pamięci?

DM: Raczej nie. Dobry koncert to nie jest kwestia jednoznaczna. Zależy od tego, czego oczekujesz. Dobry koncert może dla ciebie oznaczać dobrą publiczność, lub też dobry występ zespołu. Zdarzają się też te magiczne chwile, kiedy i publiczność, i zespół dają z siebie wszystko. Mam wrażenie, że z biegiem czasu zdarza się nam takich występów coraz więcej...

DE: Podczas promocji Countdown to Extinction nie było wyróżniających się pojedynczych koncertów Raczej ich grupy. Początek tej trasy był doskonały. Byliśmy wypoczęci, świeży i spragnieni sceny. Potem to się staje potwornie nudne, bo większość trasy sprowadza się do podróży, w czasie których słuchasz jedna po drugiej ciągle tych samych płyt. Pod sam koniec coś się ruszyło. Ostatnie koncerty - te z Metalliką - były niezaprzeczalnie najlepszymi, jakie kiedykolwiek zagraliśmy!

MH: Co moglibyście powiedzieć na temat kontrowersyjnego udziału Megadeth i samego koncertu w Milton Keynes?

DM: Nie widzę w nim nic kontrowersyjnego. Tak długo, jak gramy naszą muzykę na scenie i ludziom to się podoba, jest OK! Nie rywalizujemy z nikim. Szczególnie z kapelami innego typu niż Megadeth. Rywalizacja z Metalliką byłaby tak pozbawiona sensu, jak z Panterą, czy Slayer lub Testament. To są zupełnie inne zespoły!

DE: Tak, to było coś kontrowersyjnego. No i wstrząsnęło metalowym światem. Metallica i Megadeth miały pojawić się na scenie podczas jednej imprezy. Przyznam, że wydarzenie to pochłonęło trochę naszych nerwów. Nie byliśmy główną gwiazdą wieczoru, a jest to sytuacja, która przeszkadza kapeli, która chce dać z siebie wszystko. Nie zawsze można wypaść dobrze, bo pozbawionym jest się kontroli nad światłami, nagłośnieniem i tego typu sprawami. Jednak robiliśmy wszystko, co byliśmy w stanie w tych warunkach. Po tym występie zagraliśmy jeszcze nie raz z Metalliką i z koncertu na koncert wypadaliśmy coraz lepiej.

MH: Dlaczego podobna impreza miała miejsce dopiero w ubiegłym roku? Czy mieliście jakieś powody, dla których nie chcieliście grać z Metalliką?

DE: Nie! Oczywiście, że nie. Zawszę byliśmy zdania, że to byłaby świetnie zbudowana impreza - Metallica i Megadeth. Szczerze mówiąc pertraktacje toczyły się aż rok zanim stanęliśmy razem na scenie. Ale my - jako Megadeth - zawsze byliśmy otwarci na ich propozycje i liczyliśmy na to, że dojdziemy do porozumienia. Co też się stało.

MH: Czy były w planie jakieś wspólne nagrania?

DE: Z Metalliką?

MH: Acha! Jakieś kowery, no wiesz...

DE: Eee... nieeeeeee!!!

MH: [śmiech] Dlaczego nie?

DE: Każdy z zespołów działa na własną rękę, i tak chyba pozostanie. Te koncerty były głównie dla naszych fanów. Poza tym chcieliśmy w ten sposób ostatecznie pogrzebać różne niemiłe sprawy z przeszłości, które dotyczyły głównie Dave'a. Jednak przede wszystkim - miała to być frajda dla metal-maniaków: dwie duże kapele razem jednego wieczoru na jednej scenie. To chwyciło. Ludzie byli zachwyceni.

MH: W ostatnim czasie - właśnie ze względu na Mustaine'a - Megadeth zyskało opinię zespołu, który często odwołuje występy. Czy uważasz ją za uzasadnioną?

DE: Nie! Rzecz w tym, że w ubiegłym roku bardzo dużo pracowaliśmy, co odbiło się na zdrowiu Dave'a. Chorował i było z tym trochę problemów. Generalnie nie odwołujemy koncertów. Gdy coś obiecamy, dotrzymujemy słowa i gramy. Najczęściej mimo choroby, czy niedyspozycji.

MH: Teraz Dave wygląda kwitnąco!

DE: Tak! [śmiech] To, o czym mówię miało miejsce rok temu - gdzieś pośrodku trasy Countdown to Extinction. Miał wtedy poważne problemy te zdrowiem. [Dokładnie rzecz biorąc - próbował popełnić samobójstwo - przyp. Ferres]

MH: Jeszcze jedna kontrowersyjna sprawa z tego okresu to wasze odejście z trasy z Aerosmith, które wywołało mnóstwo plotek i spekulacji. Jakie były rzeczywiste powody tej decyzji?

DM: Traktowali nas jak zespół z trzeciej ligi. Nie mieliśmy prób. Nazwa Megadeth nie pojawiła się ani na biletach, ani na plakatach. Wszędzie i zawsze: Aerosmith, Aerosmith i... Aerosmith! Nie jesteśmy debiutującą kapelą, którą można traktować jak gówno. Narobiło się wokół tego sporo szumu. Aerosmith przedstawili sytuację zupełnie inaczej niż to, co działo się w rzeczywistości. Ale my znamy prawdę!

MH: Jaka ona jest? Wasi fani na pewno chcieliby ją poznać...

DM: Prawda jest taka, że nasi menadżerowie przyjaźnią się, więc wspólna trasa wydawała się dobrym pomysłem. Ten zaś... zakończył się katastrofą... Byliśmy mocniejsi, głośniejsi i lepsi niż Aerosmith. Oni są dobrym zespołem, ale... To było tak, jakby dzieciaki występowały na scenie razem ze swymi dziadkami. Byli dla nas za starzy! Sam chodziłem na ich koncerty i to było OK! Ale... granie na jednej scenie... To było dziwaczne... Jestem im wdzięczny, że wzięli nas na trasę i żałuję, że tak się skończyło, lecz... takie jest życie.

DE: Uznaliśmy, że lepiej poradzimy sobie na własną rękę. No i odeszliśmy...

MH: Czy Aerosmith dali wam odczuć, że jesteście persona non grata na tej trasie?

DE: [śmiech] Dali, oj dali...

MH: Pytamy, gdyż Steven Tyler wypowiadał się niezbyt pochlebnie na wasz temat, a różne magazyny z zapałem to cytowały.

DE: Każda ze stron oceniała sytuację ze swojego punktu widzenia. Aerosmith mieli prawo do własnego zdania, no nie? Co tu dużo mówić - po prostu nie wyszło. Jeśli chodzi o nas, wyszło nam to na dobre, bo niedługo po tym incydencie weszliśmy do studia i zaczęliśmy pracować nad nową płytą.

MH: Czyli można powiedzieć, że Steven Tyler przyśpieszył wydanie nowego albumu Megadeth?

DE: [śmiech] Można tak powiedzieć... [śmiech] Ale z drugiej strony - jego zachowanie raczej nie spędziło nam snu z powiek. Wiecie o co chodzi, prawda?

MH: Jasne. Mimo wszystko przerwa wydawnicza trwała bardzo długo. To dotyczy nie tylko Megadeth, ale i innych "dużych" zespołów typu Slayer, Testament czy w końcu Metallica, na albumy których czekamy coraz dłużej. Dlaczego? Czy nie tracicie w ten sposób swoich fanów? Nowe kapele powstają jak grzyby na deszczu i są coraz lepsze!

DE: Nie uważam, aby dwuletnia przerwa między albumami była czymś niebezpiecznym. Tym bardziej w naszym przypadku, ponieważ od wydania Countdown to Extinction nie siedzieliśmy zupełnie cicho. W 1993 roku nagraliśmy dwa nowe utwory: "Angry Again" [na ścieżkę dźwiękową filmu Last Action Hero - przyp. Ferres] i "99 Ways to Die" na kompilację Beavis and Butthead Experience. Tak że przez cały czas byliśmy obecni na rynku wydawniczym, gdyż te utwory intensywnie grano na całym świecie. Sami widzicie, że nagrywaliśmy nowe rzeczy, które zostały wydane i przypominały o nas, dlatego nie można mówić o dwóch latach przerwy. Ponadto staraliśmy się maksymalnie wypromować Countdown to Extinction, czyli zagrać tyle koncertów, ile to możliwe. Natomiast nad nowym albumem pracowaliśmy inaczej niż zawsze. Gdy pisaliśmy nowe utwory, Max Norman budował dla nas studio. Sama sesja trwała zaledwie 2,5 miesiąca, a więc uporaliśmy się z tym bardzo szybko. Więcej czasu wymagało napisanie materiału. Tu nie pozwoliliśmy sobie na żaden kompromis. Ta płyta nie miała być dobra. Miała być świetna!

MH: No tak, rozumiemy...

DE: Również rozumiem wasz punkt widzenia. W tej chwili istnieje mnóstwo nowych zespołów - naprawdę dobrych, a muzyka zmienia się bardzo szybko. Nawet w ciągu jednego roku. Z drugiej strony - to, co jest popularne dzisiaj, jutro przestaje istnieć. Często tak się dzieje, prawda? Megadeth trwa od lat. Jasne, że nie stoimy w miejscu. Też się zmieniamy, co usłyszycie na nowej płycie. W ten sposób staramy się niwelować wspomniane zagrożenie.

DM: Ja takiego w ogóle nie widzę!

MH: Odważne stwierdzenie. Dave wspomniałeś o kompilacji "Beavis and Butthead Experience", na której umieszczono wasz utwór. Co sądzisz o tych dwóch ludzikach?

DE: Ha! to są dwaj kompletni kretyni, których wszyscy uwielbiają. Ja również!

MH: [śmiech] Trafiłeś w dziesiątkę!

DE: Tak, to naprawdę zabawne. Ale i daje do myślenia. Przecież to rozwydrzone i głupie dzieciaki, a my ich lubimy. Jak to o nas świadczy?

MH: Racja... Niemniej..."They're cool!!!"

DE: [śmiech]

MH: No nic, po tej rozrywkowej wstawce przejdźmy do poważniejszych treści. Jaki wpływ na muzykę Megadeth ma Marty Friedman, który w sumie pochodzi z zupełnie innej "szkoły"?

DE: Niewątpliwie Marty to uzdolniony "mistrz" gitary i solowy muzyk, aczkolwiek dobrze sprawdza się w pracy zespołowej. Rozdziela sprawy Megadeth od działalności solowej. Pomysły również. Myślę, że jego wpływ na nowy album jest znacznie większy niż jego poprzednie "udziały". Jego styl gry jest bardzo... hm..."wokalny". Gra tak melodyjnie, że można to swobodnie odśpiewać. Jego gra to nie jakieś ćwiczenia, czy gitarowe łamańce. To nam właśnie najbardziej pasuje.

MH: Dobrze, ale... jak daleko jego łagodne kompozycje mogą być wtapiane w metalową orientację Megadeth?

DE: Tu nie ma żadnego problemu, Gdy Marty dołączył do nas, stwierdził, że chce tylko grać na gitarze. Odciął się od wpływu na założenia stylistyczne, produkcję płyt etc. To mu odpowiada.

MH: Przyjęcie go do zespołu było uznane wówczas za czysto komercyjne posunięcie. Jak to skomentujecie?

DE: Nie zgadzam się z tą opinią, Marty był znanym gitarzystą, ale nie żadnym z popularnych na całym świecie bogów gitary. Gdybyśmy chcieli sprowadzić do zespołu prawdziwą mega-gwiazdę, nie przyjęlibyśmy Friedmana. Osobiście uważam, że wniósł on dużo do stylu Megadeth, np. melodie w partiach gitary, inne wokale, ale nie zmienił go jakoś drastycznie. Dopasował się do niego.

MH: To znaczy, że Marty śpiewa na nowym albumie?

DE: Niezupełnie. Pomógł Dave'owi w pracy nad wokalami. Spędzili wiele czasu opracowując nowe pomysły.

MH: Skoro mowa o sprawach personalnych - skład Megadeth zmieniał się bardzo często. Czy rzeczywiście tak trudno wytrzymać z Dave'm?

DE: [śmiech] Czasami - tak! Ale to chyba naturalne. Jako zespół musimy ciągle być razem i podejmować różne decyzje, co do których nie zawsze się zgadzamy. Dave to indywidualność, ale i trudny charakter.

MH: Zdaje się, że jesteś człowiekiem, który najlepiej go zna. To znaczy - z kręgu Megadeth.

DE: Tak, chyba tak. Gdyby wypowiadał się na mój temat, pewnie powtórzyłby dokładnie to samo, co ja powiedziałem o nim. [śmiech]

MH: A jednak znajdujecie wspólny język.

DE: Tak, to bardzo ważne. W jakiejkolwiek relacji międzyludzkiej są sprawy, które wzbudzają twój szacunek w stosunku do danej osoby i powodują, że ją lubisz. Inne cię drażnią. Wszystko polega na tym, aby się przemóc i dogadać się ze sobą. To nie jest łatwe, ale konieczne. Z Dave'm zaczęliśmy pracować razem, ponieważ lubiliśmy tę samą muzykę. Staram się zawsze o tym pamiętać.

MH: Niektórzy twierdzą, że to kobiety najczęściej cementują zespół lub doprowadzają do jego rozpadu. Jak to jest w Megadeth?

DE: Kobiety? Hm... Według mnie istnieją trzy sprawy, które mogą niekorzystnie wpłynąć na zespół: kobiety, narkotyki i pieniądze. Właściwie bardziej chodzi o to, jak muzycy na nie reagują niż o nie same. W naszym przypadku wygląda to tak: pieniądze nie są ważniejsze od muzyki, narkotyki to sprawa kontrolowana, a trzej z nas są już żonaci.

MH: Kto nie jest żonaty i co to znaczy, że narkotyki macie pod kontrolą?

DE: [śmiech] Jeśli chodzi o narkotyki, ja ich w ogóle nie używam. Jednak mieliśmy możliwość przekonać się, kto z nas do czego jest zdolny w tamtym temacie. Na tym polega owa kontrola. A jedynym kawalerem wśród nas jest Nick.

MH: Pomówmy teraz o nadmienionym już parokrotnie nowym albumie. Jak to się stało, że owa gra słów - Youthanasia określa całość materiału?

DE: Po raz pierwszy wiedzieliśmy, jaki będzie tytuł płyty jeszcze przed jej zrealizowaniem. Zwykle zastanawialiśmy się nad nim długo, zmienialiśmy ustalony już szyld i decyzja zapadała w ostatnie chwili. Tym razem było inaczej. Youthanasia od razu przypadła nam do gustu. Ten tytuł nie ma raczej głębszego znaczenia, ale bardzo dobrze brzmi. Pochodzi z jednego z pierwszych tekstów, które Dave napisał na nową płytę.

MH: Jaka jest wersja pomysłodawcy?

DM: Eutanazja to umożliwienie spokojnej śmierci. Tytuł Youthanasia dotyczy młodych ludzi [youth] , którzy w USA nie mają łatwego życia. Wielu z nich ginie tragicznie, przedawkowuje narkotyki, etc. O to nam właśnie chodziło.

MH: Wspominaliście już wcześniej, że Youthanasia powstała w specyficzny sposób. Jaki?

DE: Nie było ważnym, kto jest twórcą danego utworu. Każdy z nas miał wolną rękę w tworzeniu swoich partii w poszczególnych numerach. Ta absolutna dowolność była czymś nowym i sprawdziła się.

DM: Dobrze nam się pracowało nad tą płytą. Każdy dawał z siebie tyle, ile było możliwe. Kiedy nagrywaliśmy w Phoenix panowały straszne upały, które poważnie utrudniały pracę, ale jej nie dezorganizowały. Ogólnie było świetnie, ale ciężko.

MH: Ile utworów z tych, które nagraliście, trafiło na płytę i z jakim procentem gotowego materiału wchodziliście do studia?

DM: Najpierw pracowaliśmy w studio, gdzie odbywały się próby. Wchodząc do studia nagraniowego, wciąż pisaliśmy materiał. Właściwie robiliśmy to aż do końca sesji.

DE: Youthanasia zawiera 12 utworów. Nagraliśmy 5 numerów ekstra jako materiał na single. ["Crown of Worms", "New World Order", "Diadems", "Problems" - przyp. Ferres] Kowery? Nie, tylko oryginalne rzeczy Megadeth. Trzy pierwsze płyty zawierały kowery i to wystarczy. Chcieliśmy zamieścić jak najwięcej naszych utworów na tym albumie.

MH: Czym kierowaliście się wybierając Maxa Normana na producenta oraz jego studio?

DM: Powód? On jest po prostu dobry!

DE: Dave i ja przeprowadziliśmy się do Phoenix i nie byliśmy zachwyceni perspektywą cotygodniowych wyjazdów do studia w Los Angeles. Max Norman w pewnym sensie zrekonstruował dla nas swój warsztat pracy tutaj - w Arizonie. Podobał nam się ten pomysł, gdyż mogliśmy wracać po każdym dniu pracy na noc do domu. Cała ekipa Megadeth przeniosła się do Phoenix. Prócz Nicka, który wciąż mieszka w Los Angeles. O wiele lepiej nam się tutaj żyje.

MH: Widujecie się z muzykami z Sepultury?

DM: Pewnie was to zaskoczy, ale nie. Wiem, że mieszkają gdzieś w pobliżu, lecz nigdy ich jeszcze nie spotkałem. Wielu dziennikarzy o to pyta. No i o Roba Halforda. Też go nie spotykamy. Natomiast bębniarz Flotsam and Jetsam jest moim dobrym znajomym i z nim widuję się najczęściej.

MH: Jak opisalibyście brzmienie Youthanasia?

DM: Trudne zadanie... Dla mnie jest to następny krok Megadeth. Na pewno usłyszycie pewien postęp. Nie powiem, że to nie jest brzmienie Megadeth, bo... jest. To jest brzmienie lepszego Megadeth.

DE: Duży jest tu wpływ Maxa Normana. Pomógł nam ukształtować utwory, jeszcze w trakcie ich powstawania. To było dla nas coś nowego - udział producenta na etapie pisania materiału. Nigdy wcześniej nie pracowaliśmy tym systemem. Brzmienie jest na pewno ciężkie i mocne. W muzyce dzieje się sporo, a wszystko jest doskonale słyszalne, dzięki świetnej produkcji.

MH: Czego fani Megadeth mogą oczekiwać związku z muzyczną zawartością Youthanasia?

DM: Nie wiem jakie mogą być oczekiwania, ale jeśli czekają na kolejną płytę z muzyką Megadeth, dostaną ją! Szczerze mówiąc nie dbam o to, czy im się spodoba, czy nie, bo nagrałem ją dla siebie. Niemożliwym byłoby zrealizowanie albumu dla kogoś innego! Ale jeśli macie taki sam gust, jak ja, no to się cieszę, bo wtedy Youthanasia stanie się także czymś dla was.

MH: Czy uważasz, że ten album powiększy grono fanów Megadeth?

DM: Nie wiem i nie obchodzi mnie to. Nie robimy tego wszystkiego, żeby sprzedać jak najwięcej płyt i stać się bogatymi. Robimy to, bo kochamy muzykę! Gdybyśmy chcieli stać się sławni, wzięlibyśmy sobie parę panienek spod sceny i ogłosili: "zamknięte".

MH: [śmiech] W porządku. Czy Dave nr 2 doda coś na temat muzyki na Youthanasia?

DE: Oczywiście. Muzyka Jest bardzo ciężka, ale i melodyjna. To chyba najlepsze podsumowanie Youthanasia. Moim zdaniem żaden fan Megadeth nie powinien czuć się rozczarowany po przesłuchaniu tej płyty.

MH: A nowi fani?

DE: Nowi fani ?

MH: No tak. Nie spodziewasz się, że inni ludzie sięgną po Youthanasia?

DE: A taaaaaaaak... Może będą i tacy, którzy powiedzą: "Nie lubię Megadeth, ale ich nowy album mi się podoba". Mnie też się podoba. [śmiech]

MH: Wiesz, jeszcze nigdy nie słyszeliśmy, aby jakikolwiek muzyk na świecie powiedział kiedykolwiek: "Nasz nowy album jest beznadziejny!"

DE: Też prawda! [śmiech] Ale ze mną jest inaczej. To mówię już zupełnie serio. Moje podejście jest inne. Gdybym uważał, że Youthanasia to gówno, nie siedziałbym przy telefonie i nie rozmawiałbym z wami. Nie, nigdy!

MH: Następne zadanie - teksty.

DM: Większość tekstów napisałem sam, choć koledzy z kapeli też mi pomagali. Są autorami paru tekstów. W jednym utworze ["Crown of Worms" - przyp. Ferres] współpracowałem z wokalistą Diamond Head [Seanem Harrisem - przyp. Ferres] . Podrzucił mi fragmenty tekstu, a ja je zredagowałem. Tematyka - typowa dla Megadeth. Z tym, że bardziej osobista. Żeby to opowiedzieć, potrzebowałbym mnóstwo czasu. Teksty opisują ten punkt życia, w którym obecnie się znajduję. To zbyt ważne dla mnie, aby streścić to w pięć minut.

DE: W tekstach pojawia się jakaś dawka kontrowersyjnych tematów, ale nie np. politycznych. Są one bardziej osobiste. Większość napisał Dave, ale tym razem pozostali też w tym uczestniczyli. Głównie Nick i ja. Po raz pierwszy staraliśmy się ujawnić to, co tkwi głęboko w nas. Te teksty to... my.

MH: Z twych wypowiedzi wynika, że twój wkład w nowy materiał jest większy niż kiedykolwiek. Mamy rację?

DE: Tak. Ale nie tylko mój. Każdy z muzyków Megadeth w większym stopniu niż zazwyczaj wziął udział w tworzeniu nowego materiału. Moim zdaniem Megadeth pisze najlepszą muzykę wtedy, gdy pisze ją razem. Youthanasia to potwierdza.

MH: Jednak nadal jesteś przede wszystkim basistą. Co prezentujesz jako takowy na nowym albumie?

DE: Będąc muzykiem ciągle poszukuję... Na Youthanasia znalazły się efekty moich najnowszych działań, w których badałem możliwości pięciostrunowego basu. Wyeksploatowałem go maksymalnie. Większość partii to granie proste, lecz bardziej zrytmizowane.

MH: Zapowiadałeś parę niespodzianek na tej płycie. Czy mógłbyś wyjawić co nieco?

DE: Sądzę, że tak. Pojawi się na niej trochę smyczków. [Jest tylko harmonijka ustna - przyp. Ferres] Poza tym gra perkusisty może zaskoczyć. Ale największą niespodzianką są chyba wokale i duża melodyjność całości. Nie w sensie "ładnych" melodii, ale dobrych.

MH: Dotychczas do niewiadomych należała także okładka. Czy teraz dowiemy się, co przedstawia?

DM: Nie, dopóki nie zajrzycie do środka, bo płyta znajduje się w niebieskim plastiku.

MH: Co on zakrywa?

DM: Parę fajnych zdjęć i pomysłów graficznych. Sami zobaczycie.

MH: Żeby zakończyć temat nowej płyty - jak oceniacie ją na tle poprzednich albumów Megadeth?

DE: Powiem krótko - moim zdaniem Youthanasia to najbardziej zróżnicowana, a przez to interesująca płyta Megadeth. Tak właśnie ją widzę. Fanom zostawiam decyzję, który z naszych albumów podoba im się najbardziej. My jako muzycy możemy tylko je tworzyć.

MH: To nie jest chyba typowe dla Megadeth podejście do sprawy?

DE: Dlaczego nie? Ale skoro tak uważacie... Chciałbym zaznaczyć, że na nowym albumie znajdziecie wiele rozwiązań "nie w typie Megadeth".

MH: Zabrzmiało to intrygująco... Jaka jest Twoja opinia na temat obecnej kondycji thrash metalu. Czy zgadzasz się, że "thrash umarł"?

DE: Absolutnie! W tej chwili thrash różni się tylko jedną literką od "śmieć-metalu" [trash-metalu] .

MH: Dobre! Ale Megadeth jest przecież częścią tej sceny...

DE: Nigdy nie oceniałem nas w ten sposób. Uważałem Megadeth za zespół heavy metalowy. Ale teraz... Któż to może wiedzieć, czym jest heavy metal w 1994 roku?! Właściwie to określenie nie ma już pokrycia w rzeczywistości... Megadeth oceniam - bardziej w sensie czasowym - jako coś pomiędzy R.E.M. A Panterą. Zresztą czy ja wiem... Chyba się zaplątałem! [śmiech]

MH: Wyplączemy cię jednym prostym pytaniem - plany koncertowe?

DE: Do Europy przyjedziemy w marcu 1995 roku.

MH: Tej wschodniej też?

DE: W tej chwili trudno powiedzieć, bo jeszcze nie rezerwujemy żadnych terminów.

MH: Przypuszczamy, że promocję koncertową Youthanasia zaczynacie w USA?

DE: Niezupełnie. Startujemy w Ameryce Południowej na początku grudnia. Trasa w Stanach zacznie się w styczniu przyszłego roku. Potem - jak wspomniałem - Europa. Z tym, że będziemy na waszym kontynencie w październiku podczas promocji Youthanasia w mediach.

MH: A więc jest szansa na jeszcze jedną rozmowę.

DE: Oczywiście! Byłoby miło.

MH: Czy uda nam się usłyszeć, że obiecujecie zawitać i do Polski?

DM: Tak! Przyjedziemy na pewno. Ręczę za to... waszymi głowami. [śmiech]

MH: Przekorne stworzenie. Dzięki i za to. Słowo na koniec?

DM i DE: Mamy nadzieję, że w przyszłym roku spotkamy się z wami na koncertach w Polsce. Youthanasia pojawi się w sklepach pod koniec października. Życzymy wam udanej zabawy przy tym albumie. Pozdrawiamy!

MH: Dziękujemy wam serdecznie za rozmowę.


Dave człowiek, Mustaine artysta :: Próba ognia :: Thrash in Peace :: Godzilla kontra Megadeth :: Sławny zespół :: Podekscytowany rudy rydz :: Igły i szpilki :: Dar :: Megadeth - Ryzyko? :: Heroina rządziła mną i Megadeth :: Bohater :: Arogancki Amerykanin :: Spróbuj zaskarżyć Capitol Records :: Układ Warszawski :: Znowu w siodle :: Każdy ma prawo do wyrażania własnych opinii :: Twarzą w twarz z... Megadeth :: Trochę uderzyło mi do głowy

Megadeth.rockmetal.art.pl
Wywiady | Strona główna | Z powrotem na górę | Napisz do nas