Wywiady i artykuły o Megadeth


Dave człowiek, Mustaine artysta :: Próba ognia :: Thrash in Peace :: Godzilla kontra Megadeth :: Sławny zespół :: Podekscytowany rudy rydz :: Igły i szpilki :: Dar :: Megadeth - Ryzyko? :: Heroina rządziła mną i Megadeth :: Bohater :: Arogancki Amerykanin :: Spróbuj zaskarżyć Capitol Records :: Układ Warszawski :: Znowu w siodle :: Każdy ma prawo do wyrażania własnych opinii :: Twarzą w twarz z... Megadeth :: Trochę uderzyło mi do głowy

Trochę uderzyło mi do głowy

źródło: Mystic Art 15/2001 (czerwiec/lipiec)
wywiad z Dave'm Mustaine'm i Alem Pirelli'm, rozmawiał: Tomasz Franczak


Wiele słyszałem o tym jakim kapryśnym, czasem wręcz aroganckim rozmówcą może być lider amerykańskiej formacji Megadeth, Dave Mustaine. Z tym większym zainteresowaniem zasiadłem zatem do konwersacji z tym arcyciekawym osobnikiem. Muzykiem wielce zasłużonym dla rozwoju sceny metalowej, ale przy okazji również bardzo ekscentrycznym i intrygującym facetem, który ma wiele do powiedzenia na każdy niemal temat. Sęk w tym, że najczęściej robi to w swoich tekstach, z dziennikarzami tymczasem nie zawsze ma ochotę gaworzyć. A nawet jeśli zdoła się go do tego przekonać, często zbywa ich kilkoma słówkami... Cóż, na własnej skórze miałem okazję doświadczyć chimeryczności mojego rozmówcy. Chwilami niemalże odnosiłem wrażenie, że albo nie dosłyszał mojego pytania, albo nie bardzo ma ochotę na nie odpowiadać... Zapatrzony w kartkę papieru, na której kreślił jakieś szkice nagle podnosił głowę i zalewał mnie potokiem słów, zwierzeń, poglądów i opinii... by urwać w pół zdania i zamilknąć w oczekiwaniu na kolejne pytania... Szybko przekonałem się, że jego pozorna obojętność, czy nieobecność wcale nie oznacza ignorowania tego, o co go pytam; a trzeźwe i bardzo rzeczowe odpowiedzi świadczą o uważnym obserwowaniu przezeń światowej sceny (nie tylko) politycznej... Choć pod dobrej jakości lupą okazuje się, że w zdecydowanej większości jego zainteresowanie ogranicza się do wydarzeń, w których biorą udział Amerykanie... Cóż, oto Ameryka właśnie! Faktem jest jednak i to, że wrodzonego sarkazmu Dave posiada tyle, że i na najznamienitszych bohaterach swego narodu suchej nitki nie zostawi. Zapraszam na rozmowę z liderem Megadeth, Dave'm Mustaine'm...


Mystic Art: Czy jesteś osobnikiem sentymentalnym?

Dave Mustaine: Czasami...

MA: Czasami?

DM: Wiesz, kiedy oglądałem relację z zabójstwa Johna Lennona żal, poczucie straty i ogromna wściekłość wypełniały moje serce. Dzieje się tak za każdym razem, gdy oglądam te sceny... Jeżeli nazwiesz to sentymentalizmem to tak, jestem człowiekiem sentymentalnym...

MA: Czy zawsze w ten sposób reagujesz na śmierć? Czy zawsze wywołuje ona u ciebie gniew?

DM: Jeżeli chodzi o samego Lennona to po prostu byłem bardzo rozczarowany, że umarł, bardzo zmartwiony, może do pewnego stopnia zdenerwowany... Tak, myślę, że zawsze w ten sposób reaguję na niepotrzebną śmierć... Zresztą, powiedz mi, jaka przedwczesna śmierć jest potrzebna? Każde życie skrócone ręką innego człowieka jest głupotą, nie można obojętnieć na tego typu zjawiska...

MA: Zapytałem o ten sentymentalizm dlatego, że na każdej z twoich płyt pojawia się kawałek, który jest w stanie wycisnąć ze słuchacza łzy. Mam tu na myśli zarówno muzykę, jak i tekst... Tym razem mamy "Promises"...

DM: To bardzo smutny numer, masz rację...

MA: Czy ty sam płaczesz, gdy piszesz swoje teksty?

DM: Czasami jestem o krok od płaczu, gdy słyszę muzykę innych zespołów... ale nie dlatego, by mnie tak wzruszała, ale raczej dlatego, że jest tak kiepska... Ale słyszałem opowieści ludzi, którzy zwierzali mi się, że słuchając tego czy innego numeru Megadeth popłakali się. To bardzo miłe mieć świadomość, że twoja muzyka w tak olbrzymim stopniu oddziaływuje na uczucia ludzi... Ja sam widziałem członków mojej rodziny reagujących w podobny sposób, ale mnie nigdy coś takiego się nie zdarzyło...

MA: Tytuł nowej płyty - czy odnosi się tylko do bohaterów muzycznego biznesu?

DM: Nie, bohaterów możesz znaleźć wszędzie... a raczej problem polega na tym, że tych bohaterów brak. Dzisiejsze dzieciaki nie mają się na kim wzorować, nie mają swych bohaterów, tęsknią za nimi, ale ich po prostu nie ma. Potem kończy się to tym, że włączasz wiadomości i dowiadujesz się, że jakiś gówniarz poszedł do szkoły, zastrzelił dwóch rówieśników, kilku ciężko zranił... To jest kurwa pojebane! Wyobraź sobie, że ty jesteś w szkole i pewnego dnia przychodzi twój kumpel i zaczyna do wszystkich strzelać tylko dlatego, że ma akurat zły dzień. Bo nikt, nigdy nie pokazał mu jak kochać, jak żyć. On nie potrafi niczego czuć, nie ma wzorów, które chciałby naśladować. Wydaje mu się, że jedynym sposobem na wywołanie w sobie jakichkolwiek emocji jest zabicie kogoś... Widzisz, patrząc na ciebie dochodzę do wniosku, że nie byłbyś w stanie zabić drugiej osoby bez powodu, musiałbyś zostać do tego sprowokowany. Takie sprawiasz wrażenie. Być może gdyby ktoś z twoich bliskich znalazł się w niebezpieczeństwie, być może dla ratowania własnego życia... Gdybym ja miał kogoś zabić to właśnie kierowałbym się tego typu argumentami, wcześniej i tak solidnie bym to sobie przemyślał. Ja widziałem jak ludzie umierają, wiele razy, sam byłem martwy i wiem co to znaczy. Wiem co to znaczy odejść z tego świata i nikomu tego nie życzę. Oczywiście wszyscy w końcu umrzemy, ale mamy tyle czasu by się na to przygotować, po co przyśpieszać ten moment? Do tego właśnie odnosi się ten tytuł. Zresztą sam kawałek opowiada o tego typu problemach, o tym, że świat potrzebuje ludzi, którzy na poważnie zajmą się problemami nas otaczającymi, a nie skończą tylko na deklaracjach i obietnicach. To bardzo istotne zagadnienie i nie można ot tak, odwrócić się do niego plecami, zignorować i zająć tylko sobą...

MA: Czy ty sam masz swoich bohaterów?

DM: Oczywiście, niemal w każdej dziedzinie życia - Colin Powell, McArthur - bohater II Wojny Światowej, baseballista McGuire, wielu hokeistów, filmowy bohater - Clint Eastwood czy muzyczni - Jimmy Page i Alice Cooper...

MA: A ty sam, czy uważasz, że mógłbyś stanowić dla kogoś wzór?

DM: Być może. Ale zważywszy, że mam na koncie dwie odsiadki w więzieniu, uzależnienie od narkotyków i alkoholu... Co prawda przezwyciężyłem to, mam to za sobą, zatem kto wie? Każdy może być bohaterem, każdy może dać przykład innej osobie jak żyć... zatem mówiąc, że być może stanowię dla kogoś taki wzór wcale nie przechwalam się...

MA: Wspomniałeś wcześniej, że widziałeś jak ludzie umierają, sam tego doświadczyłeś - czy właśnie dlatego tak często poruszasz ten temat w swoich tekstach?

DM: Och, nie musiałem wcale tego wszystkiego doświadczać, by być świadomym śmierci, tego, że wcześniej czy później ona mnie czeka, że czeka każdego z nas. Bycie nieśmiertelnym byłoby nudne, pomyśl tylko czy życie sprawiłoby ci radość, gdybyś wiedział, że nigdy nie umrzesz? Wtedy życie nie miałoby dla ciebie żadnej wartości, byłoby niczym. A tak jest rzeczą bezcenną, największym skarbem jaki dostaliśmy od Boga. Zastanów się jak mało znaczyłaby dla ciebie miłość, gdyby życie nie miało końca, jak niewiele dbałbyś o swoje kobiety. W tej chwili, gdy dochodzi do rozstania przeżywasz to bardzo głęboko, bo życie mija, bo masz coraz mniej czasu, bo być może nie zdołasz już poznać takiej drugiej. A gdybyś był nieśmiertelny? Czy zastanawiałbyś się nad tym? Przecież w końcu i tak w końcu poznałbyś inną kobietę, zresztą jakie to miałoby znaczenie? Przecież w twoim życiu mogłoby być tysiące kobiet. Zwróć uwagę jak wiele rzeczy straciłoby na znaczeniu gdybyśmy tylko mogli żyć wiecznie. Nie czulibyśmy strachu, ale nie odczuwalibyśmy również podniecenia. Nie wiem, czy cokolwiek byłoby w stanie nas ekscytować. To wszystko uświadamia nam jak istotna jest śmierć, koniec naszego życia... Nie musimy się jednak spieszyć, a tym bardziej nie powinniśmy pomagać w przejściu na drugą stronę innym osobom.

MA: To co właśnie powiedziałeś zabrzmiało bardzo pozytywnie, bardzo optymistycznie. W pewnym sensie oczywiście... Właśnie tego optymizmu brakuje mi w tym co piszesz, twoje teksty raczej emanują pesymistyczną, beznadziejną, nieco nostalgiczną atmosferą...

DM: Nie zgadzam się z tobą, piszę również o optymistycznych rzeczach...

MA: Doprawdy? Daj mi jakiś przykład...

DM: Numer "Take No Prisoners"...

MA: Ile lat temu napisałeś ten tekst? Od tamtego czasu chyba nigdy nie stworzyłeś niczego optymistycznego...

DM: Jesteś w błędzie, w nowych kompozycjach również pojawiają się optymistyczne pierwiastki, sęk w tym, że ty ich nie dostrzegasz... Widocznie jesteś jeszcze większym pesymistą niż ja... [śmiech] Chociaż, może masz rację, moje teksty nie tryskają pozytywnymi myślami, są raczej bardzo krytyczne, bardzo sarkastyczne...

MA: Co sprawia, że piszesz w taki, a nie inny sposób?

DM: To, że czuję się nieszczęśliwy... Widzisz, kiedy odnosisz sukces, twoje życie się zmienia. A kiedy nagle ten sukces kończy się albo zmierza ku końcowi, zaczynasz zastanawiać się nad tym, co zrobiłeś nie tak, nie możesz pojąć dlaczego wracasz do tego, co było wcześniej. Ja, zakładając ten zespół, chciałem, by Megadeth był największym metalowym bandem na świecie. Całą moją karierę podporządkowałem temu celowi, tej myśli. Przez wiele lat wszystko zmierzało w dobrym kierunku i nagle załamało się, nagle poczułem, że popularność grupy spada. Sporo czasu zajęło mi zrozumienie tego, byłem nawet o krok od zakończenia kariery, chciałem by The World Needs a Hero był naszą ostatnią płytą, ale zmieniłem swoje nastawienie, zebrałem zespół i mamy zamiar znowu budować naszą pozycję, pragniemy odzyskać terytorium, które straciliśmy po wydaniu dwóch ostatnich płyt. Głęboko wierzę, że nam się to uda.

MA: Czy to oznacza, że sukces cię uszczęśliwia?

DM: Z pewnością nie jest najwyższym priorytetem mojego życia, owszem sprawia, że czuję się bezpiecznie, że czuję satysfakcję i z całą pewnością uzależnia, to największy problem. Zresztą wspomniałem o tym wcześniej, kiedy nagle brakuje ci sukcesu lub odnosisz go, ale nie w takim natężeniu jak wcześniej, zaczyna brakować ci tchu, zaczynasz się pocić, rozpaczliwie szukać wsparcia u innych... Znam to uczucie bardzo dobrze, ale tak samo jak udało mi się przezwyciężyć głód narkotykowy, tak samo wygrałem z uzależnieniem od sukcesu. Teraz możemy rozpocząć walkę od nowa... Rzeczą, która daje mi najwięcej przyjemności jest świadomość bycia ojcem... Dla kobiety, która urodziła moje dzieci czuję największy szacunek i czuję dumę, gdy ten mały człowieczek przytula się do mnie i mówi - "tato". Wierz mi, nie ma nic wspanialszego na świecie, niż poczucie bycia dobrym ojcem. Podobnie odnoszę się do moich fanów, staram się utrzymać z nimi bardzo bliskie relacje, nie chcę odgrywać wielkiej gwiazdy, zawsze interesuje mnie co mają do powiedzenia, zawsze z przyjemnością słucham ich opinii na temat mojego zespołu.

MA: Z tego co mówisz wnoszę, że wychodzisz z założenia, iż rzeczy, które czynimy w swoim życiu wracają do nas. Dlatego właśnie powinniśmy czynić jak najwięcej dobra?

DM: Zdecydowanie tak. Wierzę w Boga, wierzę w to, że dał mi życie i pozwolił zrobić z nim co mi się żywcem podoba, ale dał mi też świadomość dzięki której wiem, że nie należy niszczyć tego daru. Że należy pomagać innym ludziom, podawać im dłoń, bo często bez tego sami nie poradzą sobie. Za każdym razem, gdy jestem w Phoenix, wsiadam w samochód i jadę jakieś 30 mil [50 km] do małego szpitala dla uzależnionych od narkotyków. Rozmawiam z nimi, opowiadam to co ja sam przeszedłem i jak udało mi się z moim nałogiem wygrać. To bardzo ważne, by ludzie, którzy zdołali przezwyciężyć uzależnienie, którzy wydostali się z tego dołka, nie zapominali o tym, że są jeszcze inni, którzy również potrzebują pomocy. Ta rozmowa, wymiana doświadczeń, myśli, obaw, ona pomaga im, ale pomaga również mnie. Bo narkomanem jest się całe życie, gdy raz wpadniesz w szpony narkotyków, nigdy się z tego nie wydostaniesz. Jeżeli uda ci się kontrolować siebie, jeżeli przestaniesz brać, to nie znaczy, że przestaniesz być uzależniony. Ja sam nie brałem niczego już od pięciu lat, ale wiem, że wystarczy chwila nieuwagi, by zaprzepaścić cały ten wysiłek, moja uwaga jest cały czas napięta i o tym też mówię tym wszystkim, których spotykam w szpitalu. Pojawiam się tam od pięciu lat... Nie wstydzę się tego, jest to część mojego życia... Ja przez to umarłem - bęc! - odszedłem! Ale nadal tu jestem. Dlaczego? To bardzo dziwne... Może właśnie dlatego, by pomagać tym ludziom...

MA: Czy w tej chwili masz problemy z utrzymaniem siebie z dala od narkotyków i alkoholu?

DM: Często widzę ludzi biorących narkotyki, wlewających w siebie spore ilości alkoholu. Wyglądają tak jakby się dobrze bawili, ale im się tylko tak wydaje. Bo ich sposób na dobrą zabawę to naćpanie się, albo zalanie w trupa. A według mnie dobrze bawić się znaczy - dobrze bawić się. Rozumiesz różnicę? Możesz dobrze bawić się zawsze i wszędzie, nie musisz do tego być pijany, przynajmniej ja tak myślę. Nie przeszkadza mi, gdy ludzie piją w mojej obecności, mam wielu przyjaciół, którzy piją. Gdybyś ty w tej chwili popijał w trakcie rozmowy ze mną piwo, również nie robiłbym z tego powodu tragedii... przynajmniej dopóki nie próbowałbyś pocałować po francusku... [śmiech]

MA: To jak wygląda w takim razie sytuacja z Alem? Kiedy grał w Savatage nie stronił i od alkoholu, i od narkotyków. Teraz unika jednego i drugiego? Czy to był warunek przejścia do Megadeth?

DM: Nie, nie musiał zrywać z używkami. To nie moja sprawa co on robi ze swoim życiem. Jedyną rzeczą jaką od niego wymagam to poważne podejście do obowiązków, jakie stawia przed nim obecność w tym zespole. Kiedyś graliśmy koncert w Ameryce Południowej, to był "Monsters of Rock", Al (wtedy jeszcze grał z Savatage) trochę zabalował i spieprzył wiele rzeczy. Ten występ w jego wykonaniu był żałosny. Zauważyłem to ja, zauważyli to ludzie z obsługi, ale zauważyli to również fani. Pitrelli bardzo się tego wstydził i obiecał sobie, że kończy z nadużywaniem tego typu rzeczy, a jedynym sposobem, by skończyć jest zaprzestać. Ja do niczego go nie zmuszałem, to była jego decyzja.

Al Pitrelli: Mimo wszystko nie byłbym w stanie poradzić sobie z tym, gdyby nie surowe oko Dave'a. Serio! W Savatage nikt nie zwracał mi uwagi na to co robię, nikt mnie nie szturchał, wszystkim było obojętne czy piję, czy nie. Dave też mnie nie napomina, ale wystarczy jedno jego spojrzenie, żebym wiedział o co chodzi. W jego towarzystwie nie sposób pić, nie sposób brać narkotyki. Nie jestem w stanie tego wyjaśnić...

MA: Ale skoro już tu się zjawiłeś, powiedz mi jakiej rzeczy najbardziej brakuje ci w Megadeth, chodzi mi oczywiście o porównanie z Savatage?

AP: Generalnie nie brakuje mi niczego. Megadeth jest zespołem większym niż Savatage, a więc i motywacja jest większa, wymagania wyższe, gramy więcej koncertów. Wiesz, z Savatage przez ostatnie dwa lata nie daliśmy ani jednego show, płyta ukazała się z dwuletnim poślizgiem, miałem już tego dość, dlatego, gdy otrzymałem propozycję od Dave'a nie zastanawiałem się ani przez chwilę. Owszem, byłem zdenerwowany, ale i podniecony, bo wiedziałem, że jest to dla mnie olbrzymia szansa... Jedyną rzeczą, za którą trochę tęsknię, jest śpiew. Widzisz, jestem bardzo dobrym wokalistą, w Savatage i Trans-Siberian Orchestra robiłem bardzo dużo linii wokalnych, a w Megadeth moim zadaniem jest tylko gra na gitarze...

MA: A co sprawiło ci największe problemy podczas pierwszego kontaktu z Megadeth, z muzyką tej kapeli, z atmosferą panującą w zespole i z zasadami, według których tutaj się postępuje?

AP: Gram na gitarze od trzydziestu dwóch lat, współpracowałem z tak wieloma muzykami, że nie jestem w stanie ich wszystkich wymienić. Ale nigdy nie przyszło mi zastąpić tak genialnego wioślarza jak Marty Friedman. Zapewne gdyby Dave oczekiwał ode mnie, że będę wiernie odtwarzał to, co Marty wcześniej skomponował, podziękowałbym mu. Znam swoje umiejętności, znam swoje możliwości i wiem, że nie jestem gorszy od Marty'ego. Ale gramy w zupełnie innych stylach. Myślę, że nie byłbym w stanie podrobić stylu Friedmana, a fani mieliby jedynie do mnie pretensje o to, że kaleczę jego partie. Dlatego staram się grać starsze kawałki nieco inaczej, wprowadzając do nich mój własny feeling. Wiem jednak również to, że gdyby Marty miał zastąpić mnie w Savatage przeżywałby podobne rozterki... Największy szok jednak przeżyłem, gdy dokładniej przyjrzałem się grze Dave'a. Tak jak mówiłem, gram już od ponad trzydziestu lat i nagle okazuje się, że - aby odegrać kompozycje tego faceta - muszę połamać sobie palce... [śmiech] Wcale nie żartuję! Nikt na świecie nie gra tak jak Dave. On zdołał stworzyć swoją własną, bardzo specyficzną i bardzo absorbującą szkołę grania. Moje doświadczenie było tu na nic, musiałem uczyć się od nowa, czułem się tak jakbym wziął po raz pierwszy w życiu gitarę do rąk... [śmiech]

MA: Czy Pitrelli był jedyną opcją jaką miałeś po odejściu Marty'ego?

DM: Nie, oczywiście, że nie. Musiałem rozważyć przynajmniej kilka propozycji. Sam Marty podsunął mi jedną czy dwie... Ale ja nie szukam gitarzysty, który grałby tak samo jak Marty. Zresztą jest to niemożliwe, bo Marty ma bardzo specyficzny styl i nie sądzę, by ktokolwiek był w stanie go podrobić. Ja szukałem kogoś kto będzie w stanie wnieść do Megadeth trochę świeżego powietrza, a przede wszystkim muzyka, który zainteresowany jest graniem ciężkiej, metalowej muzyki. Marty stracił zainteresowanie tym tematem już jakiś czas temu...

MA: Czy właśnie dlatego odszedł?

DM: Tak, Marty chciał grać jakąś mieszankę pop i dance. Wyobrażasz sobie to? Ja nie jestem w stanie pojąć jak facet, który jest bogiem gitary metalowej, nagle przeskakuje do stylistyki tak odmiennej, to jest porąbane. Gdybyśmy kontynuowali styl z Risk, Marty prawdopodobnie zostałby w Megadeth, ale nie chciał grać ostrzej, nie chciał wracać do korzeni, dlatego odszedł. Słyszałem jeden kawałek, który nagrał z jakąś panną na wokalach - okropne!!!!!!!! Nie mogę tego słuchać! Choć z drugiej strony muszę przyznać, że głęboko wierzę w to, że Marty odniesie sukces ze swoim nowym zespołem. Jest wybitnym muzykiem i nie powinien mieć z tym problemów...

MA: Ale Al nie przyczynił się zbytnio do powstania The World Needs a Hero...

DM: Oczywiście, bo kiedy przyszedł do zespołu, cały materiał był już gotowy. Napisał tylko kilka linii do "Promises". Ale mam nadzieję, że w przyszłości uaktywni się. Przecież sporo komponował dla Savatage, zatem myślę, że i dla Megadeth coś tam wymyśli.

MA: Wiesz, to dość ciekawe, bo przecież tak Pitrelli, jak i DeGrasso grali wcześniej z Alice'm Cooperem... Wcześniej wymieniłeś go jako jednego ze swoich muzycznych bohaterów. Czy ich powiązania z tym artystą miały dla ciebie jakieś znaczenie w trakcie dokonywania wyboru?

DM: Nie, absolutnie nie. DeGrasso poznałem podczas jednej z tras, kiedy bębnił dla Suicidal Tendencies. Tak bardzo spodobała mi się jego gra, że postanowiłem z nim coś jeszcze nagrać. Jak wiesz, zarejestrowaliśmy wspólnie album MD.45. Potem, kiedy Menza odszedł, wiedziałem do kogo mam zatelefonować... A Ala polecił mi właśnie DeGrasso...

MA: Właśnie, miałem zapytać cię o odejście Nicka... Miał on mieć do ciebie straszne pretensje o to, że gdy dowiedziałeś się, że ma raka momentalnie wywaliłeś go z zespołu nie informując go nawet o swojej decyzji...

DM: Bzdura...

MA: Jak zatem było?

DM: Nick chciał mieć swój własny band, chciał śpiewać, nie interesowała go już gra na perkusji. Zaczynało to być coraz bardziej uciążliwe. Potem wymyślił tę bajeczkę z rakiem... To nie było prawdą, on nie miał żadnego raka. Okłamał nas i prasę, i wszystkich fanów. Zrobił z siebie ofiarę a ze mnie bezlitosnego tyrana... Jakiś czas temu chcieliśmy się spotkać z nim, by rozliczyć się za płyty, które z nami nagrał. Nawet się nie pokazał. Chyba czuje się winny, ale mnie to już nie interesuje, to jest jego problem. Ja mam wspaniałego pałkera, który chce grać i któremu sprawia to satysfakcję, a nie jest przyczyną mąk i rozterek...

MA: Wcześniej rozmawialiśmy o sukcesie, o tym jak go pożądałeś, jak do niego dążyłeś... Zastanawiam się kto bardziej chciał utrzymać was na topie za wszelką cenę - wy sami, czy też wasz management? Wiadomo przecież, że Bud Prager (dotychczasowy menedżer Megadeth) jest współautorem pięciu numerów z Risk - co zresztą zostało zaznaczone na samej płycie, ale wiadomo też, że współtworzył część materiału na Cryptic Writings... Jak ty na to reagowałeś? Czy nie czułeś, że tracisz kontrolę nad tym co robisz, że ktoś inny próbuje decydować za ciebie?

DM: Wiesz, perspektywa bycia tak wielkim jak Metallica była tak kusząca, że chyba się trochę zapomniałem. Zresztą ta cała sytuacja, zbytnie wtrącanie się Buda w wewnętrzne sprawy zespołu doprowadziła do konfliktu między nim, a Mike'm Renault'em, a potem między mną a Mike'm i w efekcie do zakończenia współpracy z naszym menedżmentem. Chcieli kontrolować cały zespół, zmieniali nasze logo - zwróć uwagę na to jak wygląda na Cryptic Writings i na Risk, przecież to nie jest logo Megadeth. W końcu, jak im się nie udało, stwierdzili, że najlepiej byłoby gdybyśmy zmienili nazwę zespołu. Powiedziałem sobie - "Dosyć! Muszę to zatrzymać!" I wywaliłem ich na zbity pysk. Mam żal do siebie o to, że wcześniej nie powiedziałem "Nie!", że pozwoliłem, by zaciągnęli nas za daleko. Chociaż muszę ci się przyznać, że kiedy "Trust" był na pierwszych miejscach list przebojów, że kiedy ten numer grano na każdej stacji, o każdej porze... Sam nie wiem, chyba jednak warto było to przeżyć, to było cholernie ekscytujące. Może trochę uderzyło mi do głowy i uwierzyłem, że teraz staniemy się największym zespołem na świecie. Ale potem wydaliśmy Risk i zrozumiałem, że zabrnęliśmy za daleko, że muszę wrócić do tego, co było wcześniej...

MA: Wcześniej jednak musiałeś się uwolnić od kontraktu, który miałeś podpisany z Capitol...

DM: Zgadza się, chciałem zmienić wszystko, zaczęło się od menedżmentu, potem przyszła kolej na wytwórnię. Widzisz, Capitol mieli już cały materiał, a ja poszedłem do nich i powiedziałem: "Chcę ten materiał z powrotem, róbcie co chcecie, ale ja nie chcę już dla was wydać płyty". Oni powiedzieli: "OK, ale musimy mieć dwa nowe numery, wydamy składaka i możesz sobie iść". Fajnie, nie? Tyle, że nie do końca wierzyłem, że ktoś jeszcze będzie chciał z nami współpracować. Wspomniałem ci już, że chciałem zakończyć karierę, że pierwotnie The World Needs A Hero miał być ostatnim albumem Megadeth? Myślałem w tamtym czasie, że wywiążę się z kontraktu z Capitol i dam sobie spokój, bo to co najlepsze mam już za sobą. Ale zmieniłem zdanie, odebrałem materiał, dałem im dwa kawałki, pozwoliłem im wybrać te, które najbardziej im się podobały, byle dali mi odejść. I rozpocząłem poszukiwania nowej firmy wydawniczej. Okazało się, że zainteresowanych było całkiem sporo, ale tylko Sanctuary był w stanie zaoferować mi tak dużo. W grę wchodziły nie tylko pieniądze, ale także wiarygodność, podejście do sprawy, etc. Zdaje się, że tylko Sanctuary byli w stanie zaoferować te czynniki, stąd nasz wybór.

MA: Jest rzeczą oczywistą, że Risk stanowił dla was faktyczne ryzyko, wyzwanie, próbę wyskoczenia na wyższy poziom, zdobycia większej popularności... próbę zakończoną kompletną klapą - dodajmy...

DM: No nie, nie przesadzajmy! To nie była klapa, mocne rozczarowanie, ale nie klapa!

MA: OK, była to próba nieudana... Czy nie masz wrażenia, że po Risk wydanie The World Needs a Hero jest jeszcze większym ryzykiem?

DM: Oczywiście, ale podjęliśmy to ryzyko, bo wierzyłem, że siła Megadeth leży właśnie w takiej muzyce. W ostrym, energicznym, metalowym graniu. The World Needs a Hero jest swego rodzaju przyznaniem do popełnionego błędu, choć - co muszę podkreślić - ja nie wstydzę się tego, że nagrałem Risk, podpiszę się pod każdym z utworów tam umieszczonych... Może nie pod każdym rozwiązaniem, bo nie pochwalam sampli, które pojawiają się w "Insomnia", myślę że są zbyteczne...

AP: Widzisz Risk wcale nie jest takim złym albumem. Ja mówię to z pozycji osoby z zespołem nie związanej, bo przecież w nagraniu tego krążka udziału nie brałem. Zdaję sobie sprawę z tego, że zraził on wielu starych fanów grupy, ale po głębszym wsłuchaniu się w ten materiał można dojść do wniosku, iż po wyrzuceniu wszystkich komercyjnych elementów Risk jest typowym albumem Megadeth. Myślę, że całe zamieszanie wokół tej płyty - to pozytywne i przede wszystkim to negatywne - było mocno przesadzone...

DM: Tak ale to również wina naszego starego managemantu. Chcieli zrobić z nas mega gwiazdy a skończyło się na spadku zainteresowania naszymi poczynaniami...

MA: A czy uważasz, że fani starego Megadeth teraz bezkrytycznie powitają was z otwartymi ramionami po tym jak olaliście ich wydając "Risk"? I teraz, skoro wam się nie powiodło, znowu chcecie grać ostro?

DM: Ja ci to tłumaczyłem zostałem oszukany przez ludzi, z którymi współpracowałem, ale nie zwalam winy na nich, bo ja sam także siebie oszukiwałem. Próbowałem wmówić sobie, że to jest dobre, że tak powinienem teraz grać. W podświadomości jednak czułem tęsknotę za starym, dobrym Megadeth. Efektem tego jest właśnie The World Needs a Hero. Ja nie olałem swoich fanów, nie możesz tak mówić, to byłaby najgorsza rzecz jakiej mógłbym się dopuścić. Chciałem jedynie skosztować czegoś innego, przy czym nie wyrzekłem się swojej przeszłości. Przecież na koncertach graliśmy stare numery, nadal czułem więź z naszymi starymi fanami... Głęboko wierzę w to, że ta więź była tak mocna, że nie została zerwana przez Risk...

MA: Będziesz się mógł o tym przekonać już wkrótce podczas trasy z AC/DC, do Polski jednak przyjeżdżacie sami...

DM: Bardzo zależało nam na tym, by odwiedzić wasz kraj. Macie bowiem jedną z najlepszych publiczności w Europie. Już w tej chwili nie mogę się doczekać tego występu - serdecznie wszystkich zapraszam!


Dave człowiek, Mustaine artysta :: Próba ognia :: Thrash in Peace :: Godzilla kontra Megadeth :: Sławny zespół :: Podekscytowany rudy rydz :: Igły i szpilki :: Dar :: Megadeth - Ryzyko? :: Heroina rządziła mną i Megadeth :: Bohater :: Arogancki Amerykanin :: Spróbuj zaskarżyć Capitol Records :: Układ Warszawski :: Znowu w siodle :: Każdy ma prawo do wyrażania własnych opinii :: Twarzą w twarz z... Megadeth :: Trochę uderzyło mi do głowy

Megadeth.rockmetal.art.pl
Wywiady | Strona główna | Z powrotem na górę | Napisz do nas