Wywiady i artykuły o Megadeth


Dave człowiek, Mustaine artysta :: Próba ognia :: Thrash in Peace :: Godzilla kontra Megadeth :: Sławny zespół :: Podekscytowany rudy rydz :: Igły i szpilki :: Dar :: Megadeth - Ryzyko? :: Heroina rządziła mną i Megadeth :: Bohater :: Arogancki Amerykanin :: Spróbuj zaskarżyć Capitol Records :: Układ Warszawski :: Znowu w siodle :: Każdy ma prawo do wyrażania własnych opinii :: Twarzą w twarz z... Megadeth :: Trochę uderzyło mi do głowy

Układ Warszawski

źródło: Kerrang!, lipiec 2001
autor: Arwa Haider, tłumaczenie: KingV, Ferres


W ciągu swojej 18-letniej kariery członkowie Megadeth odwiedzili niemal każdy kraj na świecie, lecz teraz po raz pierwszy zbratali się z dwoma tysiącami fanów w Polsce.

"To miejsce jest całkiem cywilizowane zważywszy na to jak stare musi być," duma jowialny basista David Ellefson. "Prawdopodobnie przechowywali tu pieprzone czołgi, lub coś takiego".

Kulisy warszawskiej Stodoły to ciasnawe, śmierdzące stęchlizną miejsce, wypełnione odzieżą sceniczną (mnóstwo czystych t-shirtów), laptopem, aparatem cyfrowym, zestawem stereo, podstawowymi artykułami żywniościowymi (drinki energetyczne, napoje gazowane, owoce, wędliny w plasterkach) i czterema muzykami w dobrych nastrojach. Megadeth jest w samym środku panującego w całej Europie lata, w trakcie trasy koncertowej promującej ich dziewiąty album The World Needs a Hero, która obejmuje Amerykę, Europę i Daleki Wschód, a wiszący na ścianie garderoby plan podróży przypomina im gdzie dziś są ("Jest wtorek. Jesteśmy w Warszawie, w Polsce.").

Biorąc pod uwagę ich długą karierę zdumiewające jest, że jest to pierwszy raz kiedy Megadeth - czyli Ellefson, frontman i najważniejsza osoba w zespole Dave Mustaine, perkusista Jimmy DeGrasso i niedawno zwerbowany Al Pitrelli - postawili swą nogę w Warszawie. Jak z powagą stwierdza Mustaine: "Granie po raz pierwszy w jakimkolwiek miejscu to wielki szum".

Zważywszy na to, jak burzliwe były ostatnio losy zespołu, jest w tym coś stosownego: grupa próbująca powtórnie się odnaleźć gra w mieście będącym w trakcie procesu ponownego określania swojej tożsamości.

Pobyt w Warszawie sam w sobie nie jest szczególnie malowniczym doświadczeniem. Plamy zieleni kontrastują z ponurym, szarym betonem niegdyś pięknego miasta, które zostało spustoszony przez inwazję nazistów, i odbudowane po wojnie przez komunistyczną Rosję. Obecnie, w początku XXI wieku niewielkich rozmiarów stolica Polski, o liczbie ludności rzędu 1,75 miliona, wciąż nasiąka kapitalizmem - szczególnie widocznym w fast-food'ach, pasażach handlowych i luksusowych amerykańskich hotelach. Choć chrześcijaństwo pozostaje integralną częścią tożsamości narodowej (rzekomo 95% Polaków jest wyznania rzymskokatolickiego), Warszawa emanuje liberalną, kosmopolityczną atmosferą, oraz, co bardziej interesujące, coraz bardziej żywotną sceną muzyczną, co jest w dużej mierze zasługą środowiska studenckiego. Choć może nie jest to znakiem firmowym tego miasta w oczach odwiedzających je gości.

"Poszedłem do kilku barów ostatniej nocy, ale wolałbym już kanałowe leczenie zęba od słuchania tego pieprzonego europejskiego techno," narzeka Al Pitrelli.

Polska nie dołączyła jeszcze do Unii Europejskiej, jednak nie potrzeba już specjalnej wizy aby przyjechać tutaj z Anglii czy ze Stanów. Spokojny, przyjaźnie nastawiony menedżer Megadeth Steve Wood wygląda na zdziwionego, kiedy pytam czy zorganizowanie koncertu w Warszawie jest trudne: "Zupełnie nie. To jest cywilizowane miejsce".

Miejsce dzisiejszego występu jest stosunkowo kameralne. Sala na 1800 osób, w której ostatnio grał Tool (a kolejną zagraniczną grupą będzie brytyjskie Asian Dub Fundation). Bilety na koncert Megadeth kosztują 65 złotych (około 12 funtów) i zostały "więcej niż wyprzedane". Kiedy kwartet odważył się wyjść na zewnątrz na późno popołudniową sesje zdjęciową, wzbudziło to zdumiewający zachwyt oczekującego tłumu, dumnie przyodzianego w koszulki grupy. W stronę grupy wykrzyczano pełne emocji pozdrowienia: "Kocham Cię, Dave!", "Dave, wyglądasz tak wspaniale po wszystkich tych latach!". Ci z fanów, którzy mówią po angielsku, nie mają oporów aby dać się wciągnąć w pogawędkę, podczas gdy przyglądają się zespołowi. Kilkoro wyjaśnia, że ostatni koncert jaki widzieli to Motorhead ("Bardzo dobry").

"Dlaczego lubię Megadeth? Bo to dobry trash metal, bardzo skomplikowany," wyjaśnia z entuzjazmem 18-letnia fanka Kataryne Kodiaske. "To dla mnie nie do wiary, że oni są na zewnątrz, tak blisko fanów" mówi Czesiaw Jrek, lat 24, który jechał wraz z przyjaciółmi trzy godziny by zobaczyć koncert. "Nie byłem przekonany co do ostatnich dwa albumów Megadeth, ale ostatni jest bardzo mocny. Oprócz '1000 Times Goodbye' - nienawidzę piosenek o miłości!" Aleksander Stepieu, lat 20, uważa obecny styl życia kwartetu za niewiarygodny. "Nie piją litrów piwa przed koncertem?" pyta z niedowierzaniem.

W ogóle nie. Może obawiają się zwrotu "Na zdrowie!" - polskiego odpowiednika "Cheers!" - ale prawda jest taka, iż na zapleczu cały skład Megadeth rozkochany jest bez reszty w swoim nowym "atomowym" ekspresie do kawy - czyli "kolejnym etapie po heroinie" jak sami żartują. Ci kolesie nie są nadmiernie schludni, ale też daleko im do zapitych alkoholików, więc grupa rozkręca się podczas próby dźwięku i układania długiej set-listy popijając kawę.

"Dziś w nocy czeka nas jeszcze 600 km jazdy do Pragi" ostrzega ich menedżer. "W porządku. Zagramy jeden kawałek i spadamy", ripostuje Mustaine.

W gościnnej jadalni na zapleczu Stodoły, gdzie pokoju są dziwacznie ozdobionym plakatami z autografami tancerzy rewiowych, frontman Megadeth znajduje przed koncertem czas na przekąskę złożoną ze prażonego ryżu oraz na chwilę refleksji.

Początkowo unikający odpowiedzi Dave Mustaine szybko zmienia się zarówno w przytomnego i elokwentnego mówcę - często pochylającego się konspiracyjnie do przodu - jak i w skupionego słuchacza. Jego autentyczny entuzjazm dorównuje jego wielkiemu doświadczeniu. Opisuje swoje podekscytowanie wywołane graniem u boku swojego bohatera z dzieciństwa, Angusa Younga podczas wspólnych koncertów, na których Megadeth supportuje AC/DC. Jest także bardzo zadowolony z dotychczasowej reakcji z jaką spotyka się materiał z The World Needs a Hero.

"Kiedy po raz pierwszy graliśmy 'Promises', reakcja publiczności była wprost niewiarygodna. Wszyscy śpiewali wraz z nami i to naprawdę głośno." nawiązuje. "Kiedy pisałem ten utwór nie miałem pojęcia czy utwór tego typu nam zaszkodzi czy pomoże. To było po prostu coś co musiałem wyrzucić z organizmu. Przez długi czas nie było tego widać, ale to coś targało mną od środka."

"Nowy album przyszedł nam z łatwością, w porównaniu do poprzedniego" kontynuuje, "Przedtem sami zapędziliśmy się do narożnika, a nazwa naszego zespołu została zredukowana do czegoś w rodzaju krótkiego, wpadającego w ucho, cynicznie wykorzystywanego hasła reklamowego. Powód dla którego nazwaliśmy tamten album 'Ryzyko' był taki, że nagrywając go podjęliśmy ryzyko. Spoglądając wstecz, jestem pewien ze wielu fanów wolałoby byśmy nazwali tamten album 'Błąd'. Teraz mamy nowego menedżera, który nie chce nas zmieniać, chce byśmy grali ciężko, chce widzieć naszą maskotkę Vic'a na okładce płyty, chce byśmy śpiewali o tym jakie popieprzone jest życie... chce byśmy byli Megadeth".

Sprawna muzyczna współpraca na The World Needs a Hero oraz dzisiejsza rozluźniona, przyjacielska atmosfera na zapleczu sceny, sugerują, że w obecnym składzie Megadeth osiągnął długo oczekiwaną równowagę. Dave bardzo ciepło wyraża się o swoich kolegach z grupy, lecz daleko mu do roztkliwienia.

"Wiesz ludzie wymyślają te głupie określenia, mówią, że to jest 'braterstwo'. Pieprzenie, to jest interes", zapewnia. "Ale on są dobrymi osobami, wspaniałymi muzykami i poza pracą naprawdę wzajemnie cieszymy się swoim towarzystwem. Często dochodzi przy tym do naprawdę szaleńczo zabawnych scen. Parę dni temu miałem lekcję hiszpańskiego i napomknąłem, że nauczyłem się podstaw hiszpańskiego kupując heroinę. Wtedy Al, ten twardy macho z Brooklin'u, spojrzał na mnie jakby chciał powiedzieć: 'Że co?!?' My nie mamy reputacji 'niegrzecznych chłopców', naprawdę byliśmy pieprzonymi 'niegrzecznymi chłopcami' i musieliśmy zrobić z tym porządek."

Dave pamięta dokładną datę swojego "opamiętania", które nadeszło po przeszło dekadzie ciężkiego nadużywania alkoholu i uzależnienia od narkotyków, i niespodziewanie nie jest ona bliska ani prawie śmiertelnemu przedawkowaniu valium w 1992 roku, ani też dacie narodzin jego syna, tego samego roku.

"15 Listopada, 1995 roku", mówi stanowczo. "Nie pamiętam, co to była za decyzja, ale to był dla mnie odpowiedni moment by z tym skończyć. Oczywiście się zmieniłem. Kiedy byłem młodszy, z pewnością nie dałbym nikomu drugiej szansy. Wciąż pojawiają się momenty kiedy naprawdę się wkurzam i musze się zastanawiać, czy naprawdę warto dać się ponieść nerwom. Bo prawdziwie silnie człowiek to taki, po którym nie widać jego siły."

Obecnie Dave zauważa, iż "Takie małe rzeczy wnoszą dużo przyjemności do mojej mało znaczącej egzystencji" - te słowa, jak mówi, zostały zainspirowane maszynką do kawy. "Kiedy gramy muzyką, to wciąż jest to dla nas poczucie spełnienia się oraz próba osiągnięcia czegoś więcej, niż tylko mechaniczne i wymuszone wykonanie tego, co mamy do zrobienia".

Co w muzyce Megadeth sprawia, iż trafia ona do międzynarodowej publiczności?

"Nigdy nie ograniczaliśmy się poprzez wybór publiczności czy tematów o jakich śpiewamy" odpowiada. "Hard rockowa klientela bywa raczej konserwatywna niż zmienna. Większość z nich ubiera się tak przez całe życie. Ja wręcz kocham fakt, iż nasza publiczność jest tak niewiarygodnie zróżnicowana. Mamy wśród naszej widowni metali, fanów hard rocka, jazzu jak też poważnych muzyków - zresztą sama sprawdź. Nasi fani stali się także bardzo zróżnicowani pod względem rasy czy płci. Na samym początku byli to sami faceci i wyglądało to jakbyśmy byli w Wojskowej Komisji Uzupełnień."

Podczas tej trasy, grupa większość dni wolnych spędza w drodze, co ogranicza trochę możliwości zwiedzania. Pomimo tego Dave odbył pośpieszną wycieczkę po Warszawie.

"Przez ponad połowę mojego życia byłem muzykiem, ale nie można ograniczać się tylko do tego, by starać się przyzwyczaić do jazdy z miasta do miasta. Podróżowałem dookoła świeta tak wiele razy, że tylko coś naprawdę cudownego może spowodować, iż zatrzymuję się i zastanawiam. W miejscu takim jak to, rzeczy które naprawdę są dla mnie inspirujące to chociażby oglądanie architektury, dzięki czemu mogę poczuć posmak historii danego miejsca."

Czy fani różnią się jakoś w zależności od miejsca w którym gracie?

"Zauważam często wielki głód muzyki poza regularnie odwiedzanymi miejscami", przytakuje "W takich miastach jak Londyn, scena metalowa wciąż się rozwija i uwielbiam tam grać, ale prócz prawdziwych fanów jest wiele osób którzy są przekonani, iż widzieli już wszystko. Musiał byś wypruć sobie na scenie flaki by zwrócić na siebie uwagę ludzi".

Wypruwanie flaków nie figuruje w planie dzisiejszego powalającego na łopatki koncertu, lecz z pewnością stanowi to wyjątek w porównaniu z innymi koncertami tej trasy, kiedy to grywali przed dziesięciotysięczną publicznością. Jimmy DeGrasso jako jedyny czeka z niecierpliwością by być trochę bliżej akcji. ("Na olbrzymich koncertach mój zestaw perkusyjny stoi często jakieś 50 metrów od widowni" - wyjaśnia). Ale odpowiedź Mustaine'a jest w typowy dla niego sposób bardziej szorstka.

"Muszę być z Tobą szczery. Moje ego chce grać na pieprzonych stadionach. Przez ostatnie pięć lat zmierzaliśmy w złym kierunku i zamiast kląć teraz na wszystkie sposoby, doszliśmy do wniosku, że po raz kolejny zaczniemy od początku i wzbijemy się w górę."

Czy nie irytuje Cię fakt iż publiczna uwaga była bardziej ukierunkowana na Twoje przeszłe utrapienia i troski niż przyszłość zespołu?

"Nie, i mam dość tłumaczenia się z tego, ponieważ czasem coś przez co przeszedłem pomaga ludziom", uśmiecha się. "Zacznę się martwić dopiero kiedy to pytanie przestanie się pojawiać. Ale następnym razem kiedy będziemy grać ludzie powiedzą tylko 'Hej! Musimy zdobyć bilety wcześniej'."

Tuż przed wyjściem Megadeth na scenę Stodoły, daje się wyczuć wręcz namacalne poczucie zniecierpliwienia w całym budynku, nawet w pustych korytarzach na zapleczu. Zaraz potem widownia wybucha z początkiem szaleńczego wykonania "Dread and the Fugitive Mind", rozpoczynającego z wykopem, fascynująco żywiołowy, brutalnie głośny dwugodzinny występ.

Patrząc z wewnętrznego balkonu, z którego kilkoro niepełnosprawnych fanów cieszy się występem, można dostrzec publiczność, która rozlewa się aż poza przestrzeń przyległego baru - to głównie nastoletni i dwudziestokilkuletni mężczyźni, choć jest też znaczna reprezentacja (równie rozentuzjamowanych) dziewcząt. Żar ciał jest wręcz niewiarygodny. Dzieciaki siedzące na kolumnach głośnikowych wywijają domowej roboty transparentami z napisami: "When Trashing Gets Out of Control" i "Welcome to Fucking Poland Megadeth". Zawarty na nich przekaz może być nieco chaotyczny, lecz ich entuzjazm przebija się przez nie bardzo klarownie.

Jeśli Megadeth odzyskał świeżą intensywność na swoim ostatnim albumie, to ten zapał widać na dzisiejszym koncercie. Dave oświadcza ryczącej publice - która zna na pamięć teksty zarówno najnowszych utworów jak i żelaznych klasyków zespołu - chodzi o "czystą pieprzoną energię", którą wyraźnie czuć, gdy zespół gra najważniejsze punkty programu, takie jak "Hangar 18" i jego współczesna kontynuacja "Return to Hangar".

Przed koncertem Mustaine wyraził obawy odnośnie wyboru koweru "Anarchy in the UK" zespołu Sex Pistols, jako numeru na "bis". ("Trudno mi włożyć serce w śpiewanie koweru takiego jak 'Anarchy'. Jest w tym trochę hipokryzji śpiewać ten utwór, podczas gdy jeżdżę mercedesem i mieszkam w domu za milion dolarów") Ostatecznie jednak słyszymy ten kawałek podczas eleganckiego finału wraz z błyskotliwym rozpędzonym utworem "Paranoid". Podczas gdy scena została już uprzątnięta, duża grupa widowni zostaje, serdecznie wykrzykując "Me-GA-deth! Me-GA-deth!", tak jak gdyby nie potrafili przestać.

Tymczasem na zapleczu po wzięciu prysznica grupa udaje się do jadalni. Al Pitrelli głośno przeżuwa wegetariańską pizzę, Jimmy żartuje, że będzie musiał zacząć uprawiać triatlon by utrzymać dobrą formę między występami, a Dave Mustaine uprzejmie rozdaje liczne autografy. Wspólna krótka analiza koncertu doprowadza ich do satysfakcjonującego wniosku, że Warszawa kocha Megadeth.

"Tak właśnie wygląda nasza praca" uśmiecha się David, zanim grupa rozpłynie się w mroku nocy udając się w dalszą podróż. Cholerna racja - a przypomnienie tego faktu przyprawia o dreszcz.. Jak to w Polsce mówią: Na zdrowie!


Dave człowiek, Mustaine artysta :: Próba ognia :: Thrash in Peace :: Godzilla kontra Megadeth :: Sławny zespół :: Podekscytowany rudy rydz :: Igły i szpilki :: Dar :: Megadeth - Ryzyko? :: Heroina rządziła mną i Megadeth :: Bohater :: Arogancki Amerykanin :: Spróbuj zaskarżyć Capitol Records :: Układ Warszawski :: Znowu w siodle :: Każdy ma prawo do wyrażania własnych opinii :: Twarzą w twarz z... Megadeth :: Trochę uderzyło mi do głowy

Megadeth.rockmetal.art.pl
Wywiady | Strona główna | Z powrotem na górę | Napisz do nas